Recenzje książek
Nowo dodane opinie o książkach

Pamiętam „Lorda Jima” z czasów licealnych. To była książka, która mogła sprawić, że moje życie wyglądałoby dziś zupełnie inaczej. Właśnie za sprawą „Lorda Jima” odwiedziłem Wydział Nawigacyjny w Szczecinie podczas dni otwartych, aby sprawdzić, czy swoje życie powinienem związać z morzem. Cóż, mój los potoczył się inaczej, a kolejna lektura J. Conrada, którą miałem zamiar przeczytać, „Jądro ciemności”, czekała na swoją kolej ponad 15 lat...

Dlaczego tak długo? Podświadomie oddalałem ten moment. Czy jestem gotowy na kolejną książkę, która może wpłynąć na moje życie? Bałem się chyba odpowiedzi na to pytanie.

„Jądro ciemności” już samym tytułem wskazuje na to, że nie jest to lekka lektura. Praktycznie cała jej treść to opowieść marynarza, Charlesa Marlowa, o jego pracy jako kapitan statku w Afryce. Sama opowieść snuta jest na bezpiecznej Tamizie, na statku wśród załogi, która czeka na odpływ, by wypłynąć w morze.

Podczas czytania książki dwie sytuacje muszę uznać za wyjątkowe, uderzające. Po pierwsze przekonałem się, że pochodzą z niej cytowane często słowa J. Conrada: Żyjemy tak jak śnimy – samotnie. To nieopisane uczucie, gdy spotyka się tak opatrzony tekst w kontekście innych zdań z czytanej właśnie lektury. Druga sytuacja to moment śmierci sternika Ch. Marlowa, który był jego czarnym, ale wytresowanym wręcz, pomocnikiem. Sam opis tego zdarzenia wywołuje poczucie, że jest to moment przełomowy, ważny. Głębokie spojrzenie umierającego pracownika statku, bo trudno nazwać go marynarzem... a może właśnie? Może właśnie ta śmierć podczas ataku „dżungli” wynosi go do tej rangi? Może to jest tak trudne dla Marlowa, że aż musi wyrzucić do rzeki swoje buty poplamione czerwoną krwią poległego.

„Jądro ciemności” to opowieść wielowymiarowa. Przede wszystkim to opowieść związana z kolonializmem i imperializmem Anglii końca XIX wieku. To także historia dokonywania wyboru przez głównego bohatera w sytuacjach moralnie trudnych. To piękny dowód na to, jak bardzo człowiek nie powinien wcielać się w rolę boga, ale również pretekst do zastanowienia się, czy ze swoim konstruktem osobistym oraz w szczególnych sytuacjach, ma w ogóle inny wybór...

Lektura ta to bogate źródło dalszych inspiracji, jak dowiadujemy się w znakomitym posłowiu Magdy Heydel. Eseje, szkice, traktaty, filmy, książki - w wielu dziełach możemy znaleźć powiązania z „Jądrem ciemności”.

Czy warto sięgać po tę książkę sprzed ponad 100 lat? Każdy musi przekonać się sam. Czytelnik wydobywa z lektury tyle, ile jest w stanie. Mimo że wiele tajemnic tego dzieła J. Conrada zostanie przeze mnie nieodkrytych, to uważam, że to tylko powód za tym, aby pozwolić sobie pobłądzić w gęstej i dusznej atmosferze opisów afrykańskiej dziczy i odkryć z przerażeniem, jak wiele z tego, co przewidywał i opisywał J. Conrad jest aktualne do dziś.

Tę książkę Horsta czytałem wyjątkowo długo, jeśli zmierzyć czas od momentu przeczytania pierwszej strony do ostatniej. Ale jak już miałem te kilkadziesiąt minut na lekturę, czas biegł niesamowicie szybko. Oznacza to, że inne sprawunki skutecznie nie pozwalały mi na sięgnięcie po „Psy gończe” (łącznie z lekturą pozostałych książek), a z drugiej – gdy już los nam sprzyjał – historia była wciągająca.

Jørn Lier Horst stworzył kolejny raz rozbudowaną, wielowymiarową powieść wokół swojego flagowego bohatera, Williama Wistinga. Historia dotyczy spraw nie tylko bieżących (morderstwo właściciela psa i porwanie młodej dziewczyny), ale również przeszłości. Jak czytamy na obwolucie, William Wisting zostaje zawieszony w czynnościach w związku z podejrzeniem o fabrykowanie dowodów rzeczowych.

W związku z tym, że przeszłość sięga kilkunastu lat wstecz, wiele szczegółów trudno jest przywołać z pamięci. Z drugiej zaś strony łatwiej spojrzeć na całą sprawę z dystansu i ocenić, gdzie popełniono błędy.

Jak dla mnie ta opowieść spełnia wszystkie wymogi klasycznego kryminału: jest zabójstwo, jest porawnie, jest oszczerstwo. Fabułę wzbogaca tradycyjnie relacja Williama Wistinga z córką, dziennikarką śledczą, która również jest zaangażowana w sprawę.

Warto sięgnąć po „Psy gończe”. Kolejną książkę, która potwierdza kunszt i talent Jørna Liera Horsta.

Kontynuacja przygód dedektywa na emeryturze Billa Hodgesa jest opowieścią z jednej strony zupełnie inną niż „Pan Mercedes”. Z drugiej zaś można znaleźć szereg analogii.

Podobieństwa to na pewno:
- zły bohater, który zabija na poczatku powieści, a później poznajemy jego dalsze losy aż do wielkiego finału,
- postać Billa Hodgesa, który pojawia się razem z przyjaciółmi Holly i Jerome jako dobrzy bohaterowie.

Są też różnice:
- w „Znalezione nie kradzione” poznajemy historię z lat siedemdziesiątych i z lat współczesnych,
- pojawia się motyw literacki (znany pisarz na miarę J. D. Salingera), a także motyw majątkowy (skarb),
- postać Pete'a jako spoiwa całej historii,
- sam dedektyw pojawia się w książce bardzo późno, tak jakby to nie był drugi tom cyklu opowieści o nim, jakby wystąpił w książce gościnnie.

Podobieństwa i różnice skłaniają mnie do stwierdzenia, że jest to jednak książka zupełnie inna niż „Pan Mercedes”. Na pewno warto po nią sięgnąć, niemniej warto liczyć się z tym, że S. King bardziej przedstawia nam kolejną swoją historię niż kontynuuje serial o Billu Hodgesie. Co niewątpliwie działa na jej korzyść oraz zachęca do sięgnięcia po trzecią część trylogii.

Cieszę się, że sięgnąłem po tę książkę, mimo że zjawiłem się w biblotece po coś krótkiego i szybkiego. Cóż, mercedesy to szybkie samochody, a "Pan Mercedes" S. Kinga na pewno nie jest krótki. Tak czy owak - było warto!

"Pan Mercedes" to kryminał, a więc obszar dla mistrza grozy nowy. Sam autor w przyznaje, że to zupełnie nowe doświadczenie, które kosztowało go wiele wysiłku. Mistrzu, powtórzę się: było warto!

Książka rozpoczyna cykl, a raczej trylogię książek o emerytowanym dedektywie. Zupełnie się nie dziwię, Bill Hodges to równy gość, który na emeryturze ma dość czasu, by skupić się dostatecznie mocno na nurtującej go sprawie. Czy złapie Pana Mercedesa? Czy dobro zwycięży?

Cóż, nie chcę zdradzać zakończenia.
Dopowiem jeszcze tylko, że książka jest pełna nawiązań do innych dzieł S. Kinga. Z humorem godnym E. Mendozy autor grozy zaczepnie puszcza oko w kierunku fanów A. Christie. Jedna z rzeczy, która wyjątkowo dobrze wyszła, to współczesność świata przedstawionego.

Jeśli podwójne "było warto!" nie zachęciło Cię do zanurzenia się w lekturze "Pana Mercedesa", uznajmy, że padło ono po raz trzeci. Zazdroszczę Ci zatem, że czytasz tę książkę po raz pierwszy.

To była pierwsza książka J. Ch. Grange'a, którą przeczytałem. Wcześniejsze opinie o tym autorze (ponoć jest to S. King z Francji), a także uwagi sąsiadki (że to niesmaczna lektura) mocno rzutowały na to, czego spodziewałem się po książce. W trakcie czytania miałem pewien niedosyt, a to że za mało stylu Kinga, a to że w przeważającej większości treść książki wcale nie jest niesmaczna, a raczej - zwykła, prozaiczna, choć historia wcale do takich nie należy.

Opowieść zaczyna się od mocnej informacji na temat policjanta, który popełnił samobójstwo. Poznajemy jego bliskiego przyjaciela, który za cel obiera sobie rozwikłanie motywów targnięcia się na życie swojego towarzysza. I tutaj pojawia się szereg wątków satanistycznych. Nasz główny bohater będący na tropie tajemniczych śmierci kolejnych osób odkrywa niezwykłość sposobu uśmiercania ofiar, która polega na różnym stopniu rozkładu ciał.

Na pewno interesujący jest pomysł. Dosyć ciekawe jest też przedstawienie pomysłów, jak można uzyskać efekt niejednorodnego rozpadu zwłok. W historię zostają wplecione wątek kościelny (pojawiają się księża i hierarchowie Kościoła Katolickiego), podróżniczy (akcja przenosi się do Włoch oraz do Polski), a także miłosny. Całość, rozpisana na ponad 600 stron, chwilami wciąga do tego stopnia, że nie można oderwać się od lektury. Chwilami zaś pozwala odłożyć książkę i zapomnieć o niej na wiele dni.

Jedno jest pewne - finał jest zaskakujący, wart poznania całej historii.

Chciałbym móc pisać piękne recenzje tylko w tym celu, aby oddać to, jak trudno oderwać się od tej książki. Chciałbym też być wielkim erudytą jedynie po to, żeby móc wykryć wszystkie nawiązania do innych dzieł literatury i kultury w ogóle, które w tej książce się znajdują. Poza oczywistym nawiązaniem tytułu do dzieła Szekspira.

Niestety nie umiem tego, zatem napiszę tę recenzję jak potrafię.
Od lektury "W skorupce orzecha" nie da się oderwać. Sposób narracji, nieustanne wyobrażanie sobie tego, w jakiej sytuacji bohater się znajduje i bardzo plastyczne opisy świata widzianego z jego perspektywy sprawiają, że tę książkę czyta się wyjątkowo.

Spostrzeżenia Iana McEwana są aktualne i dramatyczne. Autor przemyca na kartkach książki problemy, z którymi zmaga się obecnie nasz kontynent i cały świat. Z drugiej zaś strony jesteśmy osadzeni w surrealistycznej rzeczywistości, zupełnie oderwanej od tego, czym codziennie bombardują nas media i nagłówki internetowych wydań poczytnych gazet i portali. Ten dualizm sprawia, że żyjemy w rozdarciu, towarzyszy nam uczucie, z którego istnienia zdajemy sobie sprawę, a które już dawno stało się znakiem naszych czasów.

Bo w końcu trzeba żyć szybko, życie jest krótkie, ale też wolno, trzeba żyć świadomie. Trzeba zarabiać pieniądze, żeby coś mieć, ale też umieć żyć skromnie, bo gdy są pieniądze, to są wydatki. Trzeba podróżować, bo wszyscy to robią, ale też mieć dom i rodzinę, mieć gdzie wracać. Tę dwoistość obrazu, jaki reklamują nam nasze czasy, można powielać w kolejnych przykładach.

Dawno nie czytałem tak wartkiej, refleksyjnej, a zarazem spójnej i ciekawie skonstruowanej powieści. Pomysłowość na poprowadzenie tej historii sprawia, że bardzo trudno byłoby ją zekranizować, ale od czego jest nasza wyobraźnia... I dobrze, niech ta książka pozostanie długo wyłącznie do dyspozycji tych, którzy nad seans w kinie przedkładają dobrą książkę.

To moje pierwsze spotkanie z fryzjerem-dedektywem, postacią niezwykle barwną, ironicznie opisującą rzeczywistość, chociaż wcale nie zjadliwą czy cyniczną. Wręcz przeciwnie, budzącą pozytywne emocje, ciekawą.

Eduardo Mendoza opowiada nam historię nie z tej ziemi, choć z drugiej strony bardzo mocno osadzoną na gruncie naszej planety. Znajdziemy w niej wiele aktualnych problemów: natury psychiatrycznej, ekonomicznej w skali mikro (osobiste fundusze) i makro (kryzys europejski). Jest tutaj miejsce na problem terroryzmu, trudnych relacji między państwami Europy, a nawet na samą Angelę Merkel.

Trudno sobie wyobrazić, żeby w tą mieszanką problemów potrząsnąć w taki sposób, aby znalazło się jeszcze miejsce na humor, emocje, miłość - i to na poważnie (tak, tak, humor na poważnie), bez cienia zgryźliwości. I żeby ostatecznie wyszła z tego książka z wciągającą historią.

A może właśnie to jest przepis na sukces Mendozy.
Połączyć ze sobą trudne i absurdalne wręcz wątki, zarysować je grubą kreską jak postacie komiksowe - wyraźnie, jaskrawo, intensywnie. Przecież nie można zarzucić miałkości grupie posągowych artystów ulicznych czy postaci hinduskiego swamiego. Sama Angela Merkel rysuje się w tej powieści w sposób jednocześnie oczywisty (twarda pani kanclerz) jak i zaskakujący (miłosna przeszłość). Ten splot wątków i postaci jest jednocześnie logicznie spójny i uporządkowany. Tylko doświadczony pisarz mógł pozwolić sobie na taką historię nie popadając jednocześnie w śmieszność.

Gorąco polecam lekturę „Awantury o pieniądze albo życie” na zimowe wieczory. Podróż za jej sprawą w rejony gorącej Barcelony z wysoką temperaturą podsycaną jeszcze gorącymi zwrotami akcji powinna rozgrzać nasze przewiane chłodem ciała i umysły.

Warto sięgnąć po książkę Labirynty Scruma po zaznajomieniu się z podstawami Scruma lub będąc doświadczonym członkiem zespołu scrumowego. Przedstawione z różnych perspektyw antywzorce Scruma wraz z wyjaśnieniem przyczyn ich występowania oraz z opisem możliwych rozwiązań sprowadza temat zwinnej pracy do konkretów.

A to właśnie konkrety są potrzebne na wczesnym etapie zapoznawania się z modelem pracy w Scrumie. Po lekturze zawsze można wrócić do książki wtedy, gdy sytuacja będzie tego wymagała.

Dobrze napisana, ciekawie pomyślana książka nt. Scruma, gorąco polecam.

Peter Wohlleben to osoba która nie dość, że wprowadza w "Sekretne życie drzew" to jeszcze pokazuje nam "Duchowe życie zwierząt". Książka jest ciekawa, przy tym nie nuży. Nie ma tu ckliwych fragmentów, lecz dość obiektywne fakty z życia zwierząt. Jeżeli miałbym przekazać jeden argument skłaniający do przeczytania tej książki, to niech będzie to fakt, że może dzięki niej z większą czułością spojrzymy na świnie, oraz kury, które lądują na naszych tależach, bo psy już kochamy dostatecznie. Co jeszcze ciekawsze, Wohlleben nie nawołuje tutaj do krucjaty wegetarianizmu oraz do zostania wege terrorystą. Wręcz przeciwnie, bliżej mu do poglądu Temple Grandin, którą twierdzi, że bez względu na przeznaczenie, czy to mięso, czy skóry, każdemu zwierzęciu należy się szacunek, względny spokój, oraz prawo do nie odczuwaniu bólu.

Ta książka jest dla psiarzy, to zdecydowanie. Ta książka jest dla osób które chcą poznać swojego psa, lecz nie jest to książka instruktażowa jak psa tresować. Jest piękną opowieścią. Wspaniałą obserwacją. Lecz należy się ostrzeżenie, jeżeli choć raz w życiu odszedł ci pies, to na końcu będziesz płakać jak bóbr.

Wspaniała książka, po lekturze której - jak wspomina sama autorka - nie spojrzymy na nasze psy tak samo. Mogę zgodzić się z tym założeniem. Wiele z opisanych wyjaśnień było mi znanych, niemniej dowiedziałem się też nowych rzeczy. Na przykład czy i jak psy się śmieją (i nie chodzi tu o merdanie ogonem).

Moim zdaniem książka "Oczami psa" to obowiązkowa lektura dla każdego szanującego się psiarza. Pani Alexandra Horowitz ma łatwość opisywania świata, jakim widzą go nasi czworonożni przyjaciele. Pozwala to lepiej zrozumieć psy.

Książka zawiera całkiem długą listę źródeł, skąd została zaczerpnięta wiedza, jeśli źródło jest inne niż badania autorki. To pozwala łatwo kontynuować wybrany temat po sięgnięciu po wskazane tytuły.

Jestem psiarzem. Widzę, jak dużo błędów popełniłem do tej pory. Liczę na to, że zrozumienie, do którego pomaga dojść lektura książki, sprawi, że tych błędów będzie coraz mniej.

Cóż, książka jest zachwalana słowami wydarzenie literackie na miarę Małego Księcia. I faktycznie, z Małym Księciem treść tej książki się kojarzy. Bo pojawia się Róża, jest mały chłopiec, który ma pewną misję (i jest tytułowym bohaterem). Są też baobaby przez moment.

Jeśli Antoine de Saint-Exupery opowiadał nam bajkę o oswajaniu, przyjaźni i miłości między ludźmi, tak Éric-Emmanuel Schmitt przenosi te relacje na płaszczyznę między człowiekiem a Bogiem.

Czy warto po nią sięgać?
Nie wiem, na mnie nie zrobiła takiego wrażenia, którego mógłbym się spodziewać po takich zapowiedziach. Nie odmieniła mojego życia. Może jest ono w nieodpowiednim na takie treści etapie. Nie straciłem chyba nic z jej powodu, nawet czasu wiele nie upłynęło od pierwszej strony do ostatniej.

Może ktoś będzie miał bardziej zachęcające opinie na jej temat. :)

Właśnie skończyłem czytać powieść Sary Gran, pt. Heroina. Dlaczego w ogóle sięgnąłem po Heroinę? Ano, ktoś kiedyś zapytał mnie, czy przypadkiem nie ma tego tytułu w bibliotece. Nie było. Ostatnio jednak zauważyłem Heroinę w Empiku i tak się zaczęło. :)

I dosyć szybko się skończyło...
Bo Heroinę czyta się lekko i przyjemnie. Autorka prezentuje nam historię kobiety, która musi zmierzyć się ze swoją przeszłością, jeśli chce odnaleźć Nadine, córkę adwokata. A chce tego dokonać dla drugiego tysiąca dolarów - pierwszy dostała na wykonanie zlecenia.

Tyle mniej więcej wiemy ze skrótu przedstawionego na okładce książki. I tyle właśnie starczy do tego, aby zainteresować potencjalnego czytelnika. Mogę jednak zapewnić, że karty tej powieści kryją w sobie dużo więcej tajemnic, a zwroty akcji zaskoczyły mnie w najmniej oczekiwanych momentach. I gdy już się oswoiłem z myślą, że tak to sobie wymyśliła Sara Gran...

Naprawdę warto sięgnąć po tę książkę. :)

Przejdź do strony
Więcej treści znajdziesz na pozostałych stronach