Recenzje książek
Nowo dodane opinie o książkach

Wspaniała książka, która pozwoliła mi podczas jej czytania być bardzo daleko i blisko jednocześnie. Daleko, bo w historycznych czasach, w których po ziemi chodził Budda. Daleko też w sensie geograficznym, ponieważ za historią Siddharthy musimy udać się aż do Indii. Z drugiej zaś strony byłem blisko - we własnej wyobraźni.

Hermann Hesse stworzył opowieść, która potrafi przynieść tlen w naszych cyfrowo-pośpiesznych czasach. W tej przemokniętej współczesnością atmosferze dobrze jest zanurzyć się w tak odległym świecie i znaleźć tyle pięknych analogii i metafor.

Trudno mi pisać o tym, o czym jest akcja książki. Tutaj warto sięgnąć po książkę w intencji samego czytania. Jakiekolwiek streszczenie spłaszczy tę opowieść zupełnie niepotrzebnie. Gorąco polecam jej lekturę.

To moja pierwsza książka autorstwa Michela Houellebecqa, którą przeczytałem.

Bardzo pesymistyczny obraz nowoczesnego człowieka. Człowieka, który doskonale zna współczesny świat, technologię, robi karierę w informatyce, pracuje w korporacji, a jednak nie jest szczęśliwy. Zatracił przy tym zdolność empatii, bezinteresowności, budowania relacji z innymi ludźmi. Relacji innej niż ta oparta na podejrzliwości, wrogości, konkurowaniu lub litości.

Z początku główny bohater wzbudzał we mnie zainteresowanie. Poznajemy go jako człowieka nie przebierającego w słowach i brutalnie nazywającego rzeczy po imieniu. Nieco później stał się dla mnie odpychający. Może podświadomie ujrzałem w nim odbicie świata, w którym żyję, może - niczym w krzywym zwierciadle - zobaczyłem też siebie.

Ostatecznie zamknąłem książkę ze współczuciem do głównego bohatera. Jak dla mnie - trudna, nieco zawiła, acz ciekawa i warta przeczytania lektura. Chętnie zapoznam się z innymi książkami Michela Houellebecqa.

„Idealną” Magdy Stachuli czytałem na 3 razy. Pierwsze podejście to rosnące zaciekawienie pomysłem na historię. Tak samo jak smutną i nieszczęśliwą, tak bardzo wciągającą. Czytelnik został zatem zaproszony do świata z powieści i znalazł w nim swoje miejsce. Nieidealne, acz własne, ciśnie się na usta.

Drugi etap czytania „Idealnej” to totalne zaprzeczenie tego, co w historii małżeńswa Anity i Adama się dzieje. Myślałem sobie: nie, to niemożliwe, żeby ludzie tak do siebie się zwracali. Żeby byli wobec siebie tak nonsensownie i fatalnie podejrzliwi. Ale później nachodziła autorefleksja. Ile razy byłem uczestnikiem podobnych zdarzeń? Czy miałem na to wpływ? Temat trudny, trzeba czytać dalej.

Nadeszła faza trzecia: kluczowa i finałowa. Lubię takie zakończenia, które odpowiadają na wiele pytań i zamykają większość wątków. Otwarte zakończenia, które czytelnik może sobie dopowiedzieć, to często ucieczkowy zabieg, być może zastosowany ze strachu przed postawieniem rozstrzygającej kropki. Przecież „Proces”, tak alegoryczna i pozwalajaca czytelnikowi na mnogość interpretacji powieść, ma bardzo rzeczowe zakończenie.

Podobnie jest w „Idealnej”, historia jest kompletna.
Mam dużo przyjemności z czytania takich książek. Na pewno nie jest to książka, która trafi do kanonu lektur szkolnych, ale nie takie powinno się mieć wobec niej oczekiwania. Przykuwająca, osadzona w znanych nam realiach, napisana zgrabnie, chwilami budząca sprzeciw, a więc nie miałka ani mdła lektura. Polecam.

Książka składa się z 4 opowiadań, każde w pewien unikalny sposób związane jest z czasem. Przeszłością, przyszłością lub tym, jak spowalnia lub przyspiesza. Każde opowiadanie to opowiadanie grozy, w którym dzieją się rzeczy niewytłumaczalne.

Pierwsze, o samolocie, którego pasażerowie budzą się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, wzbudziło moją ciekawość. To dobre opowiadanie, czas umyka nad nim śrendio szybko, przynajmniej u mnie tak było. Oznacza to, że czytałem lepsze opowiadania, lecz nie jestem zawiedziony dokonaniem S. Kinga. :)

Drugie, o pisarzu oskarżonym o plagiat, jest moim ulubionym z tej książki. Jest na swój sposób intrygująco zabawne, chociaż bez wątpienia wciąż stanowi przykład opowiadania strasznego, chwilami bardzo smutnego i dla dorosłych. Jak to u Kinga...

Trzecie opowiadanie to moim zdaniem najcięższy kaliber, który autor wymierzył w czytelnika. Zwrot książek do biblioteki nabiera zupełnie nowego sensu po lekturze. Tutaj też wątek zabawy czasem wydaje mi się być najciekawiej ujęty. Zmienia się czas, miejsce, osoby w sposób niewytłumaczalny, a czytelnik odkrywa tę zagadkę wraz z bohaterami.

Czwarta, ostatnia historia, mimo że lubię psy, wypada najgorzej w mojej ocenie, chociaż jest to dalej wysoki poziom mistrza horroru. Po prostu musiało w tym zestawienie paść wskazanie na opowiadanie, które wciągnęło mnie najsłabiej.

Podsumowując, cała książka to prawie 800 stron niełatwej literatury nielekkiego też gatunku. Zalecenia: długie zimowe wieczory lub jasne i ciepłe letnie popołudnia. Polecam.

Jest to jedna z tych książek, które zaczyna się czytać i nie można przestać. Nawet gdy życie zmusi nas do odłożenia jej na chwilę na półkę, tkwi w nas głęboko i ciągle daje o sobie znać. Wspomnienie ostatnich przeczytanych słów, zapamiętany cytat, refleksja, wokół której kręcą się wciąż nasze myśli.

Dobrze, że nie jest lekturą szkolną, ponieważ każdy powinien ją przeczytać z własnej woli, nieprzymuszony. Na pewno nie można przejść obok tej historii obojętnie.

Żyjemy w świecie pełnym kłamstw. Nie tylko jesteśmy ich ofiarami, ale także sami kłamiemy. Jednym z najboleśniejszych przeżyć związanych z oszukiwaniem drugiej osoby jest zdrada. Czy można się przed nią ustrzec? Wojciech Wypler, psycholog, psychoterapeuta a kiedyś - trener oficerów służb specjalnych, ujawnia sposoby uniknięcia i wykrycia zdrady – w związku partnerskim, przyjacielskim lub rodzinie. Krok po kroku uczy rozpoznawania jej symptomów i demaskowania oszustów. Pokazuje, jak możemy się zachować w obliczu niewierności. Odejść? Zostać? Wybaczyć? A przede wszystkim, jak podnieść się po tym traumatycznym doświadczeniu – pozbyć się depresyjnych myśli, opanować ból i złość oraz zwrócić się ku nowym celom i aktywnościom.
„Anatomia zdrady” to książka szczególna, ponieważ jej autor miał do czynienia z zawodowymi kłamcami: szkolił oficerów służb specjalnych, aby w sposób wiarygodny potrafili przybierać fałszywe tożsamości. O kłamstwach i podstępie wie zatem wszystko. W swojej książce w ciekawy sposób przedstawił psychologiczne i kryminologiczne koncepcje dotyczące nieuczciwości oraz zawarł szczegółowe rady i praktyczne ćwiczenia, które pokazują i uczą, jak racjonalnie myśleć i zachowywać się w sytuacji, gdy doświadczyliśmy zdrady, staliśmy się ofiarami oszustwa. W książce znajdują się także przykłady z praktyki psychologicznej autora, które dosadnie ilustrują omawiane na kartach książki zagadnienia.
Książka "Anatomia zdrady" autorstwa Wojciecha Wyplera została nominowana do "Nagrody Teofrasta" magazynu psychologicznego "Charaktery".
Cytaty z książki:
- "Kłamstwo jest fałszowaniem własnych myśli, zniekształcaniem swoich sądów - co innego myślimy, co innego mówimy. Takim fałszowaniem myśli negujemy zarówno wartość samego siebie, jak i wartość osoby, którą okłamujemy. Z każdym kłamstwem coraz bardziej. Jeśli ktoś kogoś okłamuje, to niezależnie od tego, jak dobrymi intencjami by to tłumaczył, w swoich oczach tę drugą osobę pozbawia inteligencji ("nie zrozumiałaby tego", "skoro tego sam nie widzi", "widać chce w to wierzyć") oraz dojrzałości i zdolności do samokontroli ("byłoby jej przykro", "nie zniósłby tego", "wpadłaby w szał", "zrobiłaby coś głupiego")."
- "Jeżeli w otoczeniu człowieka pojawiają się nieobojętne mu osoby, które w nieuczciwy sposób, ale skutecznie, osiągają swoje cele i budzą dodatkowo sympatię, podziw lub też zazdrość otoczenia, to prawdopodobieństwo naśladowania takiego zachowania niebezpiecznie rośnie."
- "Nieuczciwość zdarza się uczciwym ludziom w pewnych sytuacjach. (...) Nieuczciwym się bywa, kiedy pokusa jest silna, wewnętrzne mechanizmy regulujące zachowanie dają zbyt słaby odpór a umysł podsuwa usłużnie usprawiedliwienia."
- "Ludzie, którzy uwikłani są w kłamstwa, bardzo często cierpią – ich odbiór świata, ocena siebie samego i innych stają się coraz bardziej negatywne i pełne lęku, aż do trudnej psychologicznie sytuacji, w której nie są w stanie sobie ani innym ufać, słowa przestają mieć jakąkolwiek wartość a działanie jakikolwiek sens."
- "Prawie wszyscy znamy słowa Jezusa o nadstawianiu drugiego policzka, czy wypowiadaną czasem w podobnym kontekście frazę „do trzech razy sztuka” - nie chodzi w nich o godzenie się na krzywdzenie nas, poddawanie się złemu traktowaniu, lecz zbadanie, czy osoba, na której nam zależy jest w stanie zmienić się i nawiązać uczciwą relację. Jeśli nie jest w stanie zmienić swojego zachowania i zawodzi nasze zaufanie kolejny raz – podejmiemy uzasadnioną decyzję o zakończeniu relacji."
- "Próby odbudowy relacji nie wymagają wybaczenia z twojej strony jako wstępnego warunku. Wybaczanie jest procesem, dzięki któremu możesz przestać odczuwać negatywne emocje, takie jak złość i niechęć wobec osoby, która cię skrzywdziła, a także w mniejszym stopniu rozmyślać o tym, co zrobiła. Wymaga to jednak prawie zawsze czasu. Czasu, który powinny wypełnić jej starania o odbudowę twojego zaufania."
- "Zdrada jest blizną, która ma bardzo ważną, adaptacyjną funkcję: przypomina o tym, co się stało, dlaczego się stało i jak się stało. Pamiętanie o krzywdzie (ale nie jej rozpamiętywanie!) jest cenne. Dzięki niemu w przyszłości w podobnej sytuacji, jeśli taka będzie miała miejsce, możesz zareagować szybciej i bardziej zdecydowanie."

Pamiętam „Lorda Jima” z czasów licealnych. To była książka, która mogła sprawić, że moje życie wyglądałoby dziś zupełnie inaczej. Właśnie za sprawą „Lorda Jima” odwiedziłem Wydział Nawigacyjny w Szczecinie podczas dni otwartych, aby sprawdzić, czy swoje życie powinienem związać z morzem. Cóż, mój los potoczył się inaczej, a kolejna lektura J. Conrada, którą miałem zamiar przeczytać, „Jądro ciemności”, czekała na swoją kolej ponad 15 lat...

Dlaczego tak długo? Podświadomie oddalałem ten moment. Czy jestem gotowy na kolejną książkę, która może wpłynąć na moje życie? Bałem się chyba odpowiedzi na to pytanie.

„Jądro ciemności” już samym tytułem wskazuje na to, że nie jest to lekka lektura. Praktycznie cała jej treść to opowieść marynarza, Charlesa Marlowa, o jego pracy jako kapitan statku w Afryce. Sama opowieść snuta jest na bezpiecznej Tamizie, na statku wśród załogi, która czeka na odpływ, by wypłynąć w morze.

Podczas czytania książki dwie sytuacje muszę uznać za wyjątkowe, uderzające. Po pierwsze przekonałem się, że pochodzą z niej cytowane często słowa J. Conrada: Żyjemy tak jak śnimy – samotnie. To nieopisane uczucie, gdy spotyka się tak opatrzony tekst w kontekście innych zdań z czytanej właśnie lektury. Druga sytuacja to moment śmierci sternika Ch. Marlowa, który był jego czarnym, ale wytresowanym wręcz, pomocnikiem. Sam opis tego zdarzenia wywołuje poczucie, że jest to moment przełomowy, ważny. Głębokie spojrzenie umierającego pracownika statku, bo trudno nazwać go marynarzem... a może właśnie? Może właśnie ta śmierć podczas ataku „dżungli” wynosi go do tej rangi? Może to jest tak trudne dla Marlowa, że aż musi wyrzucić do rzeki swoje buty poplamione czerwoną krwią poległego.

„Jądro ciemności” to opowieść wielowymiarowa. Przede wszystkim to opowieść związana z kolonializmem i imperializmem Anglii końca XIX wieku. To także historia dokonywania wyboru przez głównego bohatera w sytuacjach moralnie trudnych. To piękny dowód na to, jak bardzo człowiek nie powinien wcielać się w rolę boga, ale również pretekst do zastanowienia się, czy ze swoim konstruktem osobistym oraz w szczególnych sytuacjach, ma w ogóle inny wybór...

Lektura ta to bogate źródło dalszych inspiracji, jak dowiadujemy się w znakomitym posłowiu Magdy Heydel. Eseje, szkice, traktaty, filmy, książki - w wielu dziełach możemy znaleźć powiązania z „Jądrem ciemności”.

Czy warto sięgać po tę książkę sprzed ponad 100 lat? Każdy musi przekonać się sam. Czytelnik wydobywa z lektury tyle, ile jest w stanie. Mimo że wiele tajemnic tego dzieła J. Conrada zostanie przeze mnie nieodkrytych, to uważam, że to tylko powód za tym, aby pozwolić sobie pobłądzić w gęstej i dusznej atmosferze opisów afrykańskiej dziczy i odkryć z przerażeniem, jak wiele z tego, co przewidywał i opisywał J. Conrad jest aktualne do dziś.

Tę książkę Horsta czytałem wyjątkowo długo, jeśli zmierzyć czas od momentu przeczytania pierwszej strony do ostatniej. Ale jak już miałem te kilkadziesiąt minut na lekturę, czas biegł niesamowicie szybko. Oznacza to, że inne sprawunki skutecznie nie pozwalały mi na sięgnięcie po „Psy gończe” (łącznie z lekturą pozostałych książek), a z drugiej – gdy już los nam sprzyjał – historia była wciągająca.

Jørn Lier Horst stworzył kolejny raz rozbudowaną, wielowymiarową powieść wokół swojego flagowego bohatera, Williama Wistinga. Historia dotyczy spraw nie tylko bieżących (morderstwo właściciela psa i porwanie młodej dziewczyny), ale również przeszłości. Jak czytamy na obwolucie, William Wisting zostaje zawieszony w czynnościach w związku z podejrzeniem o fabrykowanie dowodów rzeczowych.

W związku z tym, że przeszłość sięga kilkunastu lat wstecz, wiele szczegółów trudno jest przywołać z pamięci. Z drugiej zaś strony łatwiej spojrzeć na całą sprawę z dystansu i ocenić, gdzie popełniono błędy.

Jak dla mnie ta opowieść spełnia wszystkie wymogi klasycznego kryminału: jest zabójstwo, jest porawnie, jest oszczerstwo. Fabułę wzbogaca tradycyjnie relacja Williama Wistinga z córką, dziennikarką śledczą, która również jest zaangażowana w sprawę.

Warto sięgnąć po „Psy gończe”. Kolejną książkę, która potwierdza kunszt i talent Jørna Liera Horsta.

Kontynuacja przygód dedektywa na emeryturze Billa Hodgesa jest opowieścią z jednej strony zupełnie inną niż „Pan Mercedes”. Z drugiej zaś można znaleźć szereg analogii.

Podobieństwa to na pewno:
- zły bohater, który zabija na poczatku powieści, a później poznajemy jego dalsze losy aż do wielkiego finału,
- postać Billa Hodgesa, który pojawia się razem z przyjaciółmi Holly i Jerome jako dobrzy bohaterowie.

Są też różnice:
- w „Znalezione nie kradzione” poznajemy historię z lat siedemdziesiątych i z lat współczesnych,
- pojawia się motyw literacki (znany pisarz na miarę J. D. Salingera), a także motyw majątkowy (skarb),
- postać Pete'a jako spoiwa całej historii,
- sam dedektyw pojawia się w książce bardzo późno, tak jakby to nie był drugi tom cyklu opowieści o nim, jakby wystąpił w książce gościnnie.

Podobieństwa i różnice skłaniają mnie do stwierdzenia, że jest to jednak książka zupełnie inna niż „Pan Mercedes”. Na pewno warto po nią sięgnąć, niemniej warto liczyć się z tym, że S. King bardziej przedstawia nam kolejną swoją historię niż kontynuuje serial o Billu Hodgesie. Co niewątpliwie działa na jej korzyść oraz zachęca do sięgnięcia po trzecią część trylogii.

Cieszę się, że sięgnąłem po tę książkę, mimo że zjawiłem się w biblotece po coś krótkiego i szybkiego. Cóż, mercedesy to szybkie samochody, a "Pan Mercedes" S. Kinga na pewno nie jest krótki. Tak czy owak - było warto!

"Pan Mercedes" to kryminał, a więc obszar dla mistrza grozy nowy. Sam autor w przyznaje, że to zupełnie nowe doświadczenie, które kosztowało go wiele wysiłku. Mistrzu, powtórzę się: było warto!

Książka rozpoczyna cykl, a raczej trylogię książek o emerytowanym dedektywie. Zupełnie się nie dziwię, Bill Hodges to równy gość, który na emeryturze ma dość czasu, by skupić się dostatecznie mocno na nurtującej go sprawie. Czy złapie Pana Mercedesa? Czy dobro zwycięży?

Cóż, nie chcę zdradzać zakończenia.
Dopowiem jeszcze tylko, że książka jest pełna nawiązań do innych dzieł S. Kinga. Z humorem godnym E. Mendozy autor grozy zaczepnie puszcza oko w kierunku fanów A. Christie. Jedna z rzeczy, która wyjątkowo dobrze wyszła, to współczesność świata przedstawionego.

Jeśli podwójne "było warto!" nie zachęciło Cię do zanurzenia się w lekturze "Pana Mercedesa", uznajmy, że padło ono po raz trzeci. Zazdroszczę Ci zatem, że czytasz tę książkę po raz pierwszy.

To była pierwsza książka J. Ch. Grange'a, którą przeczytałem. Wcześniejsze opinie o tym autorze (ponoć jest to S. King z Francji), a także uwagi sąsiadki (że to niesmaczna lektura) mocno rzutowały na to, czego spodziewałem się po książce. W trakcie czytania miałem pewien niedosyt, a to że za mało stylu Kinga, a to że w przeważającej większości treść książki wcale nie jest niesmaczna, a raczej - zwykła, prozaiczna, choć historia wcale do takich nie należy.

Opowieść zaczyna się od mocnej informacji na temat policjanta, który popełnił samobójstwo. Poznajemy jego bliskiego przyjaciela, który za cel obiera sobie rozwikłanie motywów targnięcia się na życie swojego towarzysza. I tutaj pojawia się szereg wątków satanistycznych. Nasz główny bohater będący na tropie tajemniczych śmierci kolejnych osób odkrywa niezwykłość sposobu uśmiercania ofiar, która polega na różnym stopniu rozkładu ciał.

Na pewno interesujący jest pomysł. Dosyć ciekawe jest też przedstawienie pomysłów, jak można uzyskać efekt niejednorodnego rozpadu zwłok. W historię zostają wplecione wątek kościelny (pojawiają się księża i hierarchowie Kościoła Katolickiego), podróżniczy (akcja przenosi się do Włoch oraz do Polski), a także miłosny. Całość, rozpisana na ponad 600 stron, chwilami wciąga do tego stopnia, że nie można oderwać się od lektury. Chwilami zaś pozwala odłożyć książkę i zapomnieć o niej na wiele dni.

Jedno jest pewne - finał jest zaskakujący, wart poznania całej historii.

Chciałbym móc pisać piękne recenzje tylko w tym celu, aby oddać to, jak trudno oderwać się od tej książki. Chciałbym też być wielkim erudytą jedynie po to, żeby móc wykryć wszystkie nawiązania do innych dzieł literatury i kultury w ogóle, które w tej książce się znajdują. Poza oczywistym nawiązaniem tytułu do dzieła Szekspira.

Niestety nie umiem tego, zatem napiszę tę recenzję jak potrafię.
Od lektury "W skorupce orzecha" nie da się oderwać. Sposób narracji, nieustanne wyobrażanie sobie tego, w jakiej sytuacji bohater się znajduje i bardzo plastyczne opisy świata widzianego z jego perspektywy sprawiają, że tę książkę czyta się wyjątkowo.

Spostrzeżenia Iana McEwana są aktualne i dramatyczne. Autor przemyca na kartkach książki problemy, z którymi zmaga się obecnie nasz kontynent i cały świat. Z drugiej zaś strony jesteśmy osadzeni w surrealistycznej rzeczywistości, zupełnie oderwanej od tego, czym codziennie bombardują nas media i nagłówki internetowych wydań poczytnych gazet i portali. Ten dualizm sprawia, że żyjemy w rozdarciu, towarzyszy nam uczucie, z którego istnienia zdajemy sobie sprawę, a które już dawno stało się znakiem naszych czasów.

Bo w końcu trzeba żyć szybko, życie jest krótkie, ale też wolno, trzeba żyć świadomie. Trzeba zarabiać pieniądze, żeby coś mieć, ale też umieć żyć skromnie, bo gdy są pieniądze, to są wydatki. Trzeba podróżować, bo wszyscy to robią, ale też mieć dom i rodzinę, mieć gdzie wracać. Tę dwoistość obrazu, jaki reklamują nam nasze czasy, można powielać w kolejnych przykładach.

Dawno nie czytałem tak wartkiej, refleksyjnej, a zarazem spójnej i ciekawie skonstruowanej powieści. Pomysłowość na poprowadzenie tej historii sprawia, że bardzo trudno byłoby ją zekranizować, ale od czego jest nasza wyobraźnia... I dobrze, niech ta książka pozostanie długo wyłącznie do dyspozycji tych, którzy nad seans w kinie przedkładają dobrą książkę.

To moje pierwsze spotkanie z fryzjerem-dedektywem, postacią niezwykle barwną, ironicznie opisującą rzeczywistość, chociaż wcale nie zjadliwą czy cyniczną. Wręcz przeciwnie, budzącą pozytywne emocje, ciekawą.

Eduardo Mendoza opowiada nam historię nie z tej ziemi, choć z drugiej strony bardzo mocno osadzoną na gruncie naszej planety. Znajdziemy w niej wiele aktualnych problemów: natury psychiatrycznej, ekonomicznej w skali mikro (osobiste fundusze) i makro (kryzys europejski). Jest tutaj miejsce na problem terroryzmu, trudnych relacji między państwami Europy, a nawet na samą Angelę Merkel.

Trudno sobie wyobrazić, żeby w tą mieszanką problemów potrząsnąć w taki sposób, aby znalazło się jeszcze miejsce na humor, emocje, miłość - i to na poważnie (tak, tak, humor na poważnie), bez cienia zgryźliwości. I żeby ostatecznie wyszła z tego książka z wciągającą historią.

A może właśnie to jest przepis na sukces Mendozy.
Połączyć ze sobą trudne i absurdalne wręcz wątki, zarysować je grubą kreską jak postacie komiksowe - wyraźnie, jaskrawo, intensywnie. Przecież nie można zarzucić miałkości grupie posągowych artystów ulicznych czy postaci hinduskiego swamiego. Sama Angela Merkel rysuje się w tej powieści w sposób jednocześnie oczywisty (twarda pani kanclerz) jak i zaskakujący (miłosna przeszłość). Ten splot wątków i postaci jest jednocześnie logicznie spójny i uporządkowany. Tylko doświadczony pisarz mógł pozwolić sobie na taką historię nie popadając jednocześnie w śmieszność.

Gorąco polecam lekturę „Awantury o pieniądze albo życie” na zimowe wieczory. Podróż za jej sprawą w rejony gorącej Barcelony z wysoką temperaturą podsycaną jeszcze gorącymi zwrotami akcji powinna rozgrzać nasze przewiane chłodem ciała i umysły.

Przejdź do strony
Więcej treści znajdziesz na pozostałych stronach